Dzisiaj byliśmy z mym ojcem-psem Psotą na targach motocyklowych w celu zakupienia mi kasku. Ciężka wyprawa.
Nie dość, że daleko, śmierdzi kiełbasą z grilla i kupą końską, to człowiek jest skazany na starcie z facetami w obciachowych kombinezonach i ich znudzonymi lasiuniami. Poza tym cały czas siąpił deszczyk który co namiot wpadał ojcu za kołnierz. Jednak:
Zdobyliśmy gacie dla Siśka, najlepszego przyjaciela ojca. Facet, który nam je opylił z początku zdobyl moją sympatię, bo wyglądał jak wychudzony Al Bundy i nie miał tej idiotycznej motocyklowej kurtki. Potem jednak z pasją wyłożył nam główne problemy z jakimi borykają się motocykliści ("w innym materiale to, za przeproszeniem, się panu jajka pocą, łojezu co tam się dzieje"). Potem kupiliśmy rękawice zimowe (ale tanio i P. wytargował cztery złote mniej). Potem było mi zimno, zgłodniałam (kiełbasa!), a wszystkie mierzone kaski były w kategoriach "drogie ale dobre" lub "tanie i zły rozmiar". Inny dziwny człowiek, mocując mi kask na głowie uciskający jak dziewica norymberska, rozpoczął wyklad w stylu "ja to jestem tolerancyjny ale czarni i islam niech zostają w Afryce". Wtedy to coś we mnie pękło, zapewne zbuntowały się znudzone soki żołądkowe, ojciec pochwycił moje spojrzenie i wróciliśmy do samochodu.
Bez kasku i bez kasy, bo poszła na bilety i spodnie Siśka. A, no i na rękawice zimowe.
Wyziębieni, dotarliśmy do auchana wtapiając się w sobotnią bitwę pod spożywczem. Wychodząc bez wózka ale z siedmioma siatami i dwoma baniakami wody, na parkingu powitało nas - słońce.
-
Skub:
Pokaż wszystkie (1) ›